kamilasygocka | e-blogi.pl
_blog kamilasygocka
zdjęcia rodzinne warszawa 2014-11-03

W ostatnich latach obserwuje się dynamiczny wzrost zainteresowania fotografią, co związane jest z nieprawdopodobnie szybkim rozwojem cyfrowej technice obrazowania zdjęcia rodzinne warszawa i taniejącym z roku na rok sprzętem fotograficznym, na który stać coraz większy odsetek społeczeństwa. Coraz bardziej dostępna staje się też usługa przenoszenia zdjęć na wielki format papieru (tzw. ilustracje wielkoformatowe), z czego korzysta spora część fotografujących, zarówno amatorów, jak również profesjonalistów. W poniższym artykule miałbym ochotę przybliżyć Państwu innowacyjne technologie i technologie wykonywania zdjęć wielkoformatowych, a też (za sprawą wielu czychających niebezpieczeństw przy powiększaniu zdjęć) wskazać na co zwrócić uwagę przy wyborze stosownego wykonawcy Państwa powiększenia.


Na dzień dzisiejszy najwyższą jakość i trwałość powiększeń fotograficznych otrzymać można drukując spersonalizowane prace na ploterach wielkoformatowych w technice Ink Jet. Prym wśród producentów takich urządzeń wiedzie Epson. Są ku temu choćby 2 powody. Po pierwsze głowice ploterów Epsona działające w technice Epson Micro Piezo wystrzeliwując precyzyjnie miniaturowe, perfekcyjnie ukształtowane krople gwarantuje najwyższą jakość i odwzorowanie najmniejszych elementów. Jest to rewolucyjna technologia, która w połączeniu z wysoką rozdzielczością druku (2880 DPI) i systemem atramentów Ultrachrome K3 Vivid Magenta pozwala uzyskać nieosiągalne nigdzie indziej efekty druku. To teoria, a czym charakteryzuje się wielkoformatowy druk atramentowy w praktyce? Najważniejszą cechą jest bardzo szeroki zakres uzyskiwanych barw. Gamut jaki możemy uzyskać znacznie przewyższa zakres uzyskiwany na tradycyjnych minilabach cyfrowych, nie wspominając o ploterach solwentowych. Szeroki gamut połączony z dużą dynamiką, trwałością wynoszącą ponad 100 lat, brakiem paskowania, dokładnym odwzorowaniem barw, czystością obrazu, powtarzalnością, neutralnością wydruków czarno - białych stwarza, że profesjonaliści i artyści fotograficy wykonują spersonalizowane ilustracje wielkoformatowe prawie że jedynie w tej technice. Kolejnym aspektem w którym plotery przewyższają minilaby jest ogromny wybór dostępnych mediów. Powiększenia wykonywać można na najróżniejszych papierach fotograficznych, plakatowych, płótnach, foliach, bannerach i flagach. Trzeba zaznaczyć, że najwyższą jakość zdjęć uzyskać można wykorzystując tylko oryginalne media, przy częstej kalibracji sprzętu. Kolejną grupą urządzeń, na których wykonywać można powiększenia fotograficzne są naświetlarki, tzw. minilaby cyfrowe wielkiego formatu. Niestety ta grupa urządzeń, pomimo najwyższej klasy zdjęć, odstaje od uprzednio omawianych urządzeń w szczególności jeżeli już chodzi o zakres uzyskiwanych barw, wybór dostępnych mediów, niską wielokrotność ( trudno uzyskać 2 identyczne kolorystycznie ilustracje robione w pwenych odstępach czasu) i gorsze odwzorowanie barw.


zdjęcia niemowląt warszawa 2014-11-03

Podobne wrażenie – nawet jeśli nie tak efektowne, to w istocie dużo głębsze – wywołują dwa albumy wydane staraniem Fundacji Archeologia Fotografii: „Polesie” ze zdjęciami Zofii Chomętowskiej, oraz „Kronikarki” z fotografiami powojennej Warszawy zrobionymi przez Chomętowską i Marię Chrząszczową. „Starania” podkreślam, bo kryje się za nimi niezwykła praca i archiwalna, i redakcyjna. Albumy są ładne, choć nie efekciarskie, i to już zapewne mogłoby wystarczyć amatorom obrazków, szczególnie przed Gwiazdką. Przede wszystkim jednak są wynikiem konsekwentnej polityki „archeologii obrazków”, widocznej także w innych publikacjach Fundacji, a istotnej o tyle, o jak dużo jest ona przejawem szerszej tendencji, którą określiłabym jako próbę odzyskania obrazków.


Zdjęcie jest współcześnie bowiem albo przezroczyste, wykorzystywane w nad-oczywistej funkcji ilustracji, albo przesłonięte tiulem nostalgii (ach, wszyscy dawni ludzie, jacy piękni, jak pięknie martwi). Sukces obrazków – jej masowość i wszędobylskość – obrócił się przeciwko jej walorom dokumentacyjnym. Z jednej strony przełom cyfrowy wywołał gorącą debatę na temat istoty „fotograficzności” i zaowocował narastającym stosem publikacji i albumów na temat znaczenia obrazków jako dziedziny sztuki i dokumentu. Z drugiej – można mieć wrażenie, że wszystko już zostało sfotografowane i na każde skojarzenie czy wydarzenie odpowiedzieć można zdjęciem. Tak rozumiane, staje się ono puste, raczej zasłania rzeczywistość, niż ją prezentuje. I „Polesie”, i „Kronikarki” zawierają w jakiejś części ilustracje znane, kilkukrotnie reprodukowane. W pierwszym przypadku przywoływane przy okazji wystaw i publikacji dotyczących międzywojnia, w drugim – w kontekście szerokiego spektrum wypowiedzi na temat II wojny światowej, a zwłaszcza zniszczeń Warszawy. W tej funkcji niekoniecznie zresztą kojarzone są z nazwiskami autorek. Wykorzystywano je jako ilustrację tematu, potwierdzenie tezy – czy dotyczyła ona piękna (i egzotyki) polskiej (poleskiej) ziemi, czy oskarżenia niemieckiego najeźdźcy. Oba albumy zawierają jednak obszerne, wyczerpujące zbiory, nieograniczone do fotografii „znanych”. Towarzyszą im kompetentne komentarze wyraźnie kreślące konteksty, w których te fotografie powstawały, a potem były wykorzystywane, , a dodatkowo biografie autorek pokazujące, jakie znaczenie mogły dla nich mieć praktyki fotografowania. Być ma możliwość to paradoks, ale przywrócenie obrazków wartości dokumentacyjnej, ogołocenie jej z gotowych znaczeń, przyzwyczajeń i klisz interpretacyjnych, a następnie zademonstrowanie jej wieloznaczności, jej życia, możliwe jest tylko pod warunkiem wpisania w tę rozmaitość kontekstów zdjęcia niemowląt warszawa. Aktualnie uruchomienie tych kontekstów umożliwia na ocalenie – czy też odkrycie na nowo – fotografii. Wymusza, ażeby wreszcie patrzeć, a nie wiedzieć, nim się spojrzy.


fotografia dziecięca warszawa 2014-11-03

Ułożone nieomalże chronologicznie, jak mówi autorka, zdjęcia to niezwykła mozaika własnych i komercyjnych prac fotografia dziecięca warszawa Leibovitz. Można ten projekt potraktować jak studium związku lub jak studium rodziny - bardzo tradycyjnej, żydowskiej wielodzietnej familii, której członkowie uwielbiają ze sobą przebywać. Kolejne strony albumu prezentują rozwój artystki jako jednej z najbardziej wziętych komercyjnych fotografek świata - co najmniej jej inscenizowane sesje do "Vanity Fair" - któż nie zna obrazków z Whoopi Goldberg zanurzonej w wannie mleka czy nagiej ciężarnej Demi Moore. Pomiędzy tymi kolorowymi kontrapunktami znajdujemy zapis doświadczeń, jakie Leibovitz zebrała pod wpływem intelektualistki Sontag - wstrząsający reportaż z Sarajewa i niezwykłe zdjęcia podróżnicze zrealizowane dla Conde Nast Traveller. Są tu również poruszające fotografię wyniszczonej chorobą Sontag, ubranej w jedwab. Leibovitz zarejestrowała też choroby własnych rodziców, a w końcu śmierć całej trójki. Tu znów nasuwa się paralela: Sontag jako autorka eseju "Choroba jako metafora", walcząca z obowiązującym sposobem patrzenia na chorobę i jako niezamierzony podmiot własnych rozważań.


Do obecnie krytycy i przyjaciele zastanawiają się, czy ta wieczna elegantka, ikona stylu nowojorskich intelektualistów, byłaby zadowolona z publikacji obrazków zgodnych z jej poglądami, lecz nie pokazujących jej " schludną"? "Nie robię zbyt wielu własnych obrazków" napisała Leibovitz we wstępie, relacjonując przedzieranie się przez materiał do książki jak wykopaliska archeologiczne. Jeżeli jej komercyjna praca została starannie uporządkowana i opisana, to zdjęcia bliskich zostały dla niej absolutną zagadką i chaosem. Łatwiej odkryć i umiejscowić w czasie zdjęcia Brada Pitta, Arnolda Schwarzeneggera czy Umy Thurman niż fotografie z podróży i codziennego życia. "Susan Sontag, która była ze mną przez te wszelkie lata, jakie obejmuje książka, narzekała, że nie robię wystarczająco dużo obrazków.


Zwykła mówić, że właściwie każdy inny fotograf, którego zna robi zdjęcia bez przerwy". Leibovitz przyznaje, że nie zwracała wątpliwości na te „codzienne" przypadkowe ujęcia do czasu, gdy po śmierci partnerki zaczęła szukać ilustracji do małej książeczki, która miała być rozdana osobom przybyłym na uroczystości żałobne. Ten nieduży projekt pozwolił jej rozpocząć realnie żegnać się z partnerką, a jednocześnie, jak sama napisała "Znalazłam tyle rzeczy, o których nie pamiętałam, a może nawet nie wiedziałam poprzednio. Zaczęłam zatem szukać obrazków, które zrobiłam reszcie mojej rodziny". Niełatwo uwierzyć, że osobiste zdjęcia zebrane w tomie "A Photographer's Life. 1990-2005", pokazywane na wystawie o tym samym tytule i będące tematem przewodnim filmu "Annie Leibovitz: Life Through a Lens" nie zostały zamierzonym poprzednio, starannie zaplanowanym projektem. Naprawdę, zdjęcia wykonane po śmierci Susan są dokładniejsze, staranniej skomponowane ( co najmniej słynny portret córki, którą Leibovitz urodziła w wieku pięćdziesięciu lat, a której biologicznym ojcem jest syn Sontag). Jednak te, które można oglądać w pierwszej części książki mają niezwykły czar snapshotu, zdjęcia robionego dla przyjemności naciśnięcia migawki. Silne wrażenie jakie wywierają na oglądających, rodzi zapewne również kontrast z komercyjną pracą Leibovitz, którą nawet jej najwierniejszy krytyk, Mark Stevens, określił jako "błyskotliwą rokokową konfekcję". Fotografka słynie z kreacyjnych, nieprawdopodobnie kosztownych sesji, co było jednym z powodów jej ostatnich problemów finansowych. We wspomnianym poprzednio filmie oglądamy moment, kiedy podczas sesji w stylu Marii Antoniny Leibovitz analizuje " konia do fotografowanego wozu. Zatroskana mina producenta wyraża wszystko - poprzednio ustalił czego potrzebuje, a załatwienie o piątej rano konia do wozu stojącego w Wersalu może nastręczać niemałe trudności. Wystawa i album zaskakują - ta sama osoba, która posiada tak śmiałe zachcianki (do jednego zdjęcia z Keirą Knightley potrzebowała parudziesięcioosobowej orkiestry), potrafi być autorką poruszających czarno-białych obrazków z kostnicy w Sarajewie.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]